Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
Mój dobry przyjaciel, Chińczyk spodziewa się drugiego dziecka. Ponieważ ani on, ani jego żona nie są jedynakami, mieszkają w dużym mieście nie mogą uzyskać tak po prostu zgody na drugiego potomka. Muszą zapłacić karę, po przeliczeniu około 50 tyś. złotych. Trudno to sobie wyobrazić, ale takie są realia w Chinach. Wszystko zależy jeszcze od prowincji, od tego czy pierwsze dziecko to syn czy córka, czy mieszkają w mieście czy na wsi itp. Ogólnie władze całkowicie kontrolują ilość urodzeń. Rozwiązaniem są kary finansowe, ukrywanie dziecka lub aborcje. Istnieje jeszcze możliwość odpłatnego porodu w Hong Kongu, aby dziecko miało od razu inne obywatelstwo, więcej swobód. Taka usługa to podobna kwota do tej kary. Problem jednak w tym, że straż graniczna nie tak łatwo przepuszcza kobiety w ciąży przez granicę. Jak się domyślam potrzebne jest jakieś pismo, potwierdzające zgodę szpitala i możliwość porodu w Hong Kongu. Zaawansowaną ciążę trudno ukryć, w upalną pogodę nikt nie chodzi w płaszczach, do tego są skanery temperatur ciała - na nich też widać pewnie brzuszek mamy. Niektórzy może powiedzą, że dobrze iż Chiny kontrolują liczbę ludności, ale to tylko pozory. Coraz więcej zamożnych rodzin decyduje się na kolejne dzieci i po prostu płacą kary bez słowa sprzeciwu. Ludzie władzy nie muszą się tym nawet przejmować, lokalni biznesmeni, samorządowcy również nie muszą się takimi przepisami przejmować. Tak więc ta kontrola narodzin dotyczy głównie zwykłych, prostych Chińczyków, którzy nie mają żadnych praw, nawet prawa do drugiego dziecka! Czy to jest sprawiedliwe?
W Chinach jest taka dziwna tradycja związana z dawaniem pieniędzy na różnych uroczystościach. U nas też oczywiście daje się prezenty czy koperty na ślubie, ale w Chinach to jest na zasadzie "przebicia się" - kto da więcej. Poza tym tradycja taka nie dotyczy tylko szczęśliwych uroczystości. Odwołuje się też bowiem do pogrzebów. Śmierć jednej osoby oznacza, że jej bliscy muszą zorganizować stypę i pogrzeb. W tym momencie starają się wyłożyć spore sumy, aby okazać szacunek zmarłej osobie. Niestety czasami muszą się nawet zapożyczać. Pieniądze są też przekazywane rodzinie, która opiekowała się wcześniej zmarłą osobą. Podobnie należy postępować, gdy wizytuje się rodzinę. Gdy jakaś kuzynka odwiedza ciocię - wypada dać jej chociaż 100 RMB. Gdy wnuczek z miasta wraca na wieś odwiedzić dziadka, też wypada mu dać pieniądze. Sam byłem świadkiem wielu takich sytuacji. Najśmieszniejsze są jednak przepychanki i próby zwrotów: "nie, nie dawaj mi nic - ja sobie dobrze radzę", "weź proszę, tak dawno mnie nie było", "nie potrzebuję naprawdę", "bierz, kupisz sobie papierosy". W Polsce ludzie narzekają, że nie mają, że jest ciężko. W Chinach jest odwrotnie - tam jest ciężko, ale o tym się nie mówi, tego nie można okazywać i nawet za cudze pieniądze wypada się dobrze zaprezentować. W Kraju Środka pieniądze to po prostu sprawa honoru.
W niektórych chińskich wioskach lokalne władze (czytaj "lokalni watażkowie") wywierają naciski na mieszkańców, aby ci budowali większe, nowsze domy. Głównie chodzi o to, że dana gmina chce się lepiej prezentować, by pozyskać inwestorów - nowe fabryki, hotele, restauracje, magazyny itp. Najgorsze jest to, że ziemia nie należy do mieszkańców wsi. Tym samym budują domy na pokaz, najważniejsze, żeby były duże. W ten sposób powstają wielkie domy nawet 2-3 piętrowie, w których mieszka na przykład para starszych ludzi, a młodsi mieszkają i pracują w miastach, czasem w zupełnie innych prowincjach. Dochodzi do tego, że ci starsi ludzie zapożyczają się u znajomych, bliższej i dalszej rodziny, aby zbudować większy i nowy dom. Inni są w bardziej komfortowej sytuacji - bo ich dzieci czy nawet już wnuki mają lepszą pracę i mogą "zasponsorować" taki dom. Problem jednak w tym, że te nieruchomości nigdy nie będą oficjalnie ich własnością. Jeśli na przykład władze z Pekinu zaplanują tam jakąś autostradę, elektrownię to po prostu wysiedlą siłą tych ludzi, a "nowe" domy będą zburzone. I tak właśnie wygląda łamanie, albo raczej brak praw człowieka w Kraju Środka. Nam to się kojarzy zwykle z karą śmierci, a to ma bardziej lokalny, codzienny wymiar.
W Chinach czasami zadziwiało mnie zachowanie kierowców autobusów. W Polsce kierowcy zwykle starają się sobie pomóc: przepuszczają się na skrzyżowaniach, czekają spokojnie aż jeden odjedzie, by drugi mógł podjechać do zatoczki itp. W Chinach jest zupełnie inaczej - tam kierowcy po prostu ze sobą walczą! Potrafią się przepychać na skrzyżowaniu, walczą o miejsce na pasach ruchu w korkach, albo przecinają ze skrajnego lewego pasa 3 inne pasy ruchu, aby pod kątem zatrzymać się przy zatoczce przystankowej. Potrafią też zajeżdżać sobie drogę właśnie na przystankach, niektóre autobusy stają obok innych zamiast czekać za nimi. Na siłę walczą o każdy metr drogi czy zatoki, niestety w tej walce często cierpią lusterka czy światła. Widziałem już wiele kolizji czy stłuczek, w których uczestniczyły tylko autobusy. Teraz i tak jest lepiej, bo w miastach nie ma mini-busów. Nadal funkcjonują na obrzeżach czy w mniejszych miasteczkach, ale już poza centrum dużych metropolii. Oni w ogóle nie przejmowali się żadnymi przepisami - byle jechać do przodu i zabrać jak najwięcej pasażerów.
W Hong Kongu doszło już do tego, że zamożne chińskie rodziny decydują się rodzić dzieci w Hong Kongu. W szpitalach brakuje czasem miejsc dla legalnych, ubezpieczonych mieszkańców Hong Kongu. Sale położnicze i łóżka zajmują kobiety z Chin, które za dosyć duże pieniądze mogą urodzić w Hong Kongu, zapewnia to teoretycznie lepsze warunki porodu, ale przede wszystkim inne obywatelstwo dla dziecka, więcej przywilejów i wolności. Niestety ludzie z Hong Kongu zaczynają na to narzekać. W prasie pojawiły się nawet komentarze porównujące Chińczyków do karaluchów, którzy wszędzie się pchają. Chińczycy z Hong Kongu piszą, że jest im ich żal, nie mają wolności, nie mają żadnych praw i swobód, ale zaczynają zbytnio panoszyć się po Hong Kongu. Z jednej strony cieszą się, że zarabiają na turystach, z drugiej jednak strony nie chcą widzieć ludzi z Chin kontynentalnych w swoich urzędach i szpitalach. Ot, konflikt interesów. Pieniądze z Chin lubią w Hong Kongu, ale ludzi z Chin już nie!
