Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
W Chinach nadal zadziwia mnie rynek nieruchomości. Kryzys to raczej pojęcie obce w tej branży. Pewnie, że w najgorszym okresie wielu biznesmenów z Hong Kongu przestało inwestować w mieszkania w Shenzhen, ale one wcale nie staniały. Po prostu stały puste i czekały na lepsze czasy. W tym rejonie Chin nie ma zim, nie ma ujemnych temperatur, więc nie trzeba mieszkań ogrzewać, nic złego im się nie stanie. Jedyne wady, spękania to po prostu zaniedbania firm budowlanych. Ceny nadal szokują! W Polsce za 350-450 tysięcy można kupić jakiś domek 115-190 m2 na przedmieściach z działką (ogródkiem). W Chinach w tej cenie można kupić byle jakie mieszkanie (też na przedmieściach) o powierzchni około 60-70 m2. Gdyby ktoś chciał pomieszkać w centrum Shenzhen, Guangzhou czy Szanghaju to może sobie kupić mieszkanie (zwykle zbudowane w bardzo prosty sposób, białe ściany, najtańsze drzwi, tanie aluminiowe okna z pękającymi zawiasami) za około 20-30 tysięcy RMB za 1m2 (w przeliczeniu 10-15 tysięcy PLN). Problem polega na tym, że ten rynek nie może się nasycić. Tu nie ma programu "rodzina na swoim", biedna rodzina po prostu klepie swoją biedę. Bogaci natomiast kupują jedno, dwa, trzy mieszkania. Po jednym dla kochanek, dwa dla dzieci, trzecie jako inwestycję, do późniejszej odsprzedaży lub wynajmu. W Polsce też się to zdarza, ale na pewno nie na taką skalę jak w Kraju Środka. Tacy ludzie cały czas napędzają ten rynek i ceny cały czas rosną.
W chińskich miastach potworzyły się takie enklawy białych ludzi. Obszary te albo się powiększają, albo tworzy się kilka podobnych rejonów w różnych częściach metropolii. Na czym to polega? Na różnych forach i wśród znajomych, którzy przybywają do Chin pojawia się opinia, że dany rejon jest popularny wśród obcokrajowców. Jakie są uwarunkowania, by powstała taka enklawa? Po pierwsze musi tam być kilka różnych barów w stylu zachodnim (amerykańskie bary, irlandzkie puby), musi tam być dobre centrum handlowe i hipermarket oferujący m.in. sery żółte i importowane produkty. Równie ważne, aby w tej enklawie były dobre, duże mieszkania w nowych blokowiskach, czasem z widokiem na morze. Często w takich rejonach są też różne salony masażu, wiele restauracji z angielskim menu, jakieś siłownie/SPA, międzynarodowe szkoły dla dzieci obcokrajowców mieszkających w Chinach. Z jednej strony wszystko to ułatwia im pobyt w Kraju Środka, z drugiej jednak jakby odgradza ich od "chińskiej codzienności".
Wydaje mi się, że w polskich mediach - szczególnie w internecie i prasie pisze się już inaczej o Chinach. O ile prasa zagraniczna ma dosyć obiektywne zdanie na temat Kraju Środka (zwłaszcza Stany Zjednoczone i Niemcy) to Polacy zaczynają zachwycać się Chinami. Kilka lat temu była ogólna fala krytycyzmu Chin, a wszystkie felietony można było skrócić do jednego wniosku "co z tego, że miasta są bogate, jak na wsi, gdzie mieszka 70% populacji jest bieda". Tak naprawdę według najnowszych statystyk na wsi mieszka około 50% całej populacji Chin. Obecnie media coraz bardziej zachwycają się Chinami - nie tylko gospodarką, ale pojawiają się newsy sportowe, filmowe, ciekawostki itp. Wydaje mi się, że coraz większa liczba Polaków widziała Chiny na własne oczy (wystawy, targi, misje gospodarcze lub wycieczki, studia) i teraz zachwycają się nimi. Domyślam się, że za około 20 lat zmienimy znowu pogląd na Kraj Środka i stanie się on bardziej obiektywny, bardziej dojrzały. Głos w sprawach chińskich nie będzie ani zbyt krytyczny, ani zbyt pochlebny.
W Chinach można zaobserwować takie śmieszne sytuacje. Można się wybrać na przykład na ulicę Nanjing Lu w Szanghaju czy centrum handlowe MixCity w Shenzhen... tam właśnie wielu bogatych Chińczyków chodzi po firmowych sklepach Louis Vuitton, Rolex, Pierre Cardin, Cartier, Giorgio Armani, Dior, Chanel. W tym samym czasie tłumy Amerykanów, Rosjan, Polaków, Włochów, Francuzów poszukują tanich podróbek, dają się namówić ulicznym naganiaczom, chodzą po zaułkach, wchodzą do piwnic kamienic, do zasłoniętych dyktami mieszkań, aby znaleźć wymarzonego Rolexa, torebki LV, podróbki iPhona, kopie telefonów Vertu Ferrari, zegarki Breitling i Patek Philippe prawie jak oryginalne. Nastąpiło tam takie odwrócenie stereotypów. Pozornie biedni Chińczycy pracujący za miski ryżu (chyba złote miski) chodzą po firmowych, klimatyzowanych salonach. W tym czasie wszyscy biali ludzie (z założenia lepsza rasa od Azjatów - to bynajmniej nie moja opinia, ale tak się w Świecie przyjęło) biega po śmierdzących kamienicach za tanimi podróbkami. Biali zeszli na psy! Ha ha.
Shenzhen przeżywa teraz Uniwersjadę, ale widzę, że w Świecie to wydarzenie przemija bez większego echa. Wielu obcokrajowców dochodzi do wniosku, że Chińczycy potrafią takie eventy organizować, ale nie potrafią się nimi cieszyć. Problem polega na tym, że władze Chin chcą wszystkie imprezy doskonale zabezpieczać, w ten sposób publiczność i zwykłych gapiów trzyma się na dystans. Zamyka się drogi, mosty, przejścia naziemne, ustawia się tysiące kilometrów barierek. Oczywiście tłumy nadal starają się coś dojrzeć, czekają godzinami na przykład na maraton z pochodnią czy na jakieś przemowy VIPów. Wszystko jest jednak kontrolowane w 100%. Nie ma mowy o spontanicznych odruchach publiczności, widzów. Wielu obcokrajwców też odczuwa zmiany w okresie Uniwersjady. Niektórzy już się żalą, że bary i kluby nocne mają być zamknięte przed 2 w nocy. Poza tym całkowicie wyłączono z ruchu niektóre ulice, przez jeden dzień było nawet zamknięte lotnisko i jak zwykle wszędzie są dodatkowe, skrupulatne kontrole bezpieczeństwa. Zastanawiam się, czy jest więcej radości z takich imprez, czy więcej utrudnień i zmian? Z punktu widzenia ludzi, którzy przylatują do Shenzhen na Uniwersjadę pewnie wszystko jest dobrze zorganizowane i zabezpieczone, ale 'miejscowi' nie mają teraz lekkiego życia, czeka ich wiele wyrzeczeń. A wszystko po to, żeby za tydzień władze Chin mogły same sobie pogratulować, jak świetnie wykonali robotę i znów zachwycili cały Świat.
